Przepisy samorządowe stanowią, iż do skuteczności odwołania organu wykonawczego określonej jednostki samorządu terytorialnego potrzebne jest uzyskanie 3/5 frekwencji, w stosunku do ilości wyborców, która brała udział podczas jego wyboru. W praktyce oznacza to, iż przeciwnicy odwołania określonego wójta, burmistrza, czy prezydenta głosują tak naprawdę wbrew swojej woli za jego odwołaniem, podwyższając poprzez swój udział przy urnach frekwencję.

Wyobraźmy sobie taką oto sytuację. Powiedzmy, że w gminie Pipidówek znajduje się 20 tysięcy osób uprawnionych do głosowania. Przy wyborze organu wykonawczego w czasie ostatnich wyborów uczestniczyła połowa wyborców. Do jego odwołania potrzebne jest osiągnięcie 3/5 tej wielkości (tej połowy), czyli jak łatwo wyliczyć 6 tysięcy. W przypadku referendów zwykle o wiele bardziej aktywizują się przeciwnicy danego wójta, burmistrza, czy prezydenta, tym bardziej, że lokalni włodarze grają najczęściej na niską frekwencję.

Załóżmy hipotetycznie, iż oponenci wójta Pipidówka stanowią łącznie liczbę trzech tysięcy stu osób i solidarnie idą głosować za jego odwołaniem. Do referendum jednak przystąpiło również dwa tysiące dziewięćset jego (mniej zorientowanych w przepisach referendalnych) zwolenników. Referendum jest oczywiście w takiej sytuacji ważne, ale do jego ważności przyczyniły się osoby przeciwne odwołaniu organu wykonawczego. Bez ich głosów wójt Pipidówka nie zostałby odwołany.

W sumie o odwołaniu organu wykonawczego zdecydowało 15,5 proc. wyborców, spośród ogółu wszystkich uprawnionych w tej gminie do głosowania, a przy jego wyborze brało udział 50 proc. Ta hipotetyczna sytuacja nie jest wcale odległa od świata realnego i niemożliwa do zaistnienia, pokazuje jednak absurd tego typu procedur odwoływania wójtów, burmistrzów, czy prezydentów.

Referenda udają się w wielkich miastach, kończą zaś kompletnym fiaskiem w mniejszych ośrodkach, w gminach wiejskich. Dlaczego tak się dzieje? W małych wspólnotach łatwiej jest „zbić” frekwencję. Wójt posiada lepsze możliwości dotarcia do swoich zwolenników, których niejednokrotnie zna, poniekąd z imienia i nazwiska. Drugim czynnikiem jest stopień anonimowości – zdecydowanie większy w miastach, niż na wsi. W niewielkiej, wiejskiej gminie nawet wszyscy przeciwnicy wójta nie odliczą się przy referendum, gdyż obawiają się, iż włodarz będzie o tym wiedział, co w przypadku bezskuteczności referendum może pociągnąć za sobą negatywne dla nich konsekwencje.

Aby uniknąć absurdów przy odwoływaniu organów wykonawczych jednostek samorządu terytorialnego należy pójść w jednym z dwóch przeciwstawnych kierunków: – albo wprowadzić obowiązkowy udział przy referendach (co jest chyba mniej realnym rozwiązaniem), albo znieść wszelkie progi frekwencji. Zniesienie progów wbrew pozorom mogłoby w praktyce poskutkować zwiększeniem frekwencji, albowiem (co jest powszechną praktyką) wójtowie, burmistrzowie, czy prezydenci nie graliby na jej „zduszenie”.

W obecnym kształcie referendów to ich inicjatorzy muszą przekonać zwolenników odwołania danego włodarza samorządowego, aby pojawili się oni przy urnach. Likwidacja zaś granicy frekwencji spowodowałaby, iż aktywnością w mobilizowaniu wyborców musiałyby się wykazywać również osoby pełniące funkcję organu wykonawczego. Wówczas wyniki referendów stałyby się o wiele bardziej reprezentatywne, w stosunku do woli ogółu wyborców określonej wspólnoty samorządowej. Skoro przepisy nie oczekują, aby wójtów, burmistrzów, czy prezydentów wybierać przy osiągnięciu określonego poziomu frekwencji (teoretycznie wyboru może dokonać nawet jeden wyborca), to po co takie oczekiwania są formułowane przy okazji referendów.

 

Romano Manka-Wlodarczyk